Sto trzy minuty o tym, że wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem. Teza jest do obrony i w wielu miejscach obroniona. Problem zaczyna się tam, gdzie pada liczba, a zaraz za nią wniosek o dwa rozmiary za duży. Poniżej piętnaście miejsc, które nie wytrzymują kontaktu ze źródłem, i prowadzący, który przez sto trzy minuty nie zatrzymał ani jednego.
Od najcięższego. Przy każdym: co padło i co mówi źródło. Znaczniki czasu prowadzą do konkretnej minuty nagrania. Kolor oznacza rodzaj problemu, nie jego wagę.
To nie jest osoba, która kłamie. To osoba, która rzuca liczbę i natychmiast buduje na niej piętro.
Schemat powtarza się na tyle regularnie, że da się go zapisać w trzech krokach. Krok pierwszy: pada konkretna liczba, zwykle prawdziwa albo bliska prawdy. Krok drugi: nie zostaje przypisana do źródła, a jeśli zostaje, to bez daty i tytułu. Krok trzeci: wyprowadzony z niej wniosek jest większy, niż liczba może udźwignąć, i tak naprawdę jej nie potrzebuje, bo był w książce jeszcze przed nagraniem.
Najczystszy przykład to punkt ósmy. Facebook zmienia algorytm w 2014 roku, co jest prawdą, a stąd prosto do polskiego podziału na lewaków i prawaków, bez ani jednego ogniwa pośredniego. Drugi najczystszy to punkt pierwszy, w którym liczba jest tysiąc razy za mała, a wniosek zostaje dokładnie ten sam. Gdyby wniosek zależał od liczby, pomyłka tysiąckrotna musiałaby go zmienić.
Patrycjusz Wyżga zadaje jedno bardzo dobre pytanie, w pierwszej minucie, a potem przez sto dwie potakuje niskim, ciepłym głosem i pięknie się uśmiecha.
Ani razu nie pada pytanie o źródło. Ani przy czterdziestu milionach zamiast czterdziestu miliardów, ani przy Niemczech, których nie ma na liście krajów z podatkiem cyfrowym, ani przy Netflixie odwróconym do góry nogami. Rekordowa jest reakcja na pomyłkę tysiąckrotną, która brzmi: „No właśnie. No właśnie."
Sugeruje, że dane wyciekają do Stanów, że chińskie bigtechy stoją po złej stronie mocy, że TikTok jest gorszy, bo chiński, i że korporacje nas ogłupiają. Za każdym razem musi go studzić ona. W rozmowie o wielkich firmach technologicznych ostrożniejsza okazuje się ta, która napisała książkę o tym, że są bogami.
Na wejściu, w środku i na końcu, plus osobna rekomendacja podcastu gościni. Formuła nazywa się Didaskalia, a nie Kontra, więc nikt nie obiecywał ringu. Ale rozmowa o korporacyjnej władzy, w której najostrzejszym narzędziem jest „no właśnie", to jednak trochę mało.
„Serio jesteś w stanie bronić tezę, że bigtechy rządzą światem?" Dokładnie to, o co należało zapytać. Potem przez resztę odcinka nic podobnego już nie pada, a szkoda, bo to pytanie miało jeszcze co najmniej piętnaście okazji.
Kiedy podsuwa jej tezę, że chińskie firmy stoją po złej stronie mocy, ona odpowiada, że dla nich to jest właśnie dobra strona, i musi mu wyłożyć różnicę między narzucaniem komuś własnych wartości a łamaniem praw człowieka. To najlepsza minuta odcinka i nie należy do gospodarza.