Rozmowa o nowych uprawnieniach Państwowej Inspekcji Pracy jest wykładem, nie sporem, więc nie ma tu tez do obalania. Jest za to dziesięć rzeczy, które zaskakują. Każdą ustawiam na dwóch osiach: jak mocno kłóci się z tym, co się o tej reformie mówi, i ile realnie zmienia. Tam, gdzie pierwsze jest wysokie, a drugie niskie, robi się strefa efektownych zdań bez konsekwencji.
W poziomie: jak mocno rzecz kłóci się z tym, co przeciętny widz zdążył usłyszeć o lipcowej reformie. W pionie: ile z tego realnie wynika dla kogoś, kto dziś zatrudnia albo jest zatrudniony. Kolor mówi, z czym mamy do czynienia: z treścią przepisu, z interpretacją prawnika, czy z czymś, czego dziś nie da się sprawdzić.
Od największego wpływu w dół. Przy każdym: co padło i co z tego wynika.
Blajer prowadzi tę rozmowę uczciwie i sam wyciąga wątek niekorzystny dla zatrudnionych, co jest rzadkie. Pięć rzeczy jednak przechodzi bez zaczepienia.
Liczba pada dwa razy, raz od prowadzącego, raz od gościa, i ani razu nie towarzyszy jej dokument. Nie wiadomo, z jakiej bazy liczony jest ten wzrost, a przy niskiej bazie potrojenie może oznaczać przejście z kilkuset spraw na kilka tysięcy w kraju, w którym pracuje siedemnaście milionów ludzi.
Gość powołuje się na deklarację poprzedniego głównego inspektora pracy i w tym samym akapicie zaznacza, że ten człowiek już tej ustawy nie wykonuje. Naturalne pytanie, czy nowe kierownictwo tę listę odziedziczyło, nie pada.
Przepisy działają od 8 lipca, rozmowa jest z początku września. To dwa miesiące. Pytanie o pierwsze liczby jest oczywiste i zostaje zastąpione zapowiedzią, że twarde dane będą za rok.
Tytuł odcinka obiecuje dokładnie ten temat. Decyzja okręgowego inspektora nie wymaga zgody osoby zatrudnionej, więc ktoś, kto woli fakturę i wyższą kwotę na rękę, może zostać przeniesiony na etat wbrew sobie. To najciekawsza konsekwencja reformy i w rozmowie nie ma jej wcale.
Gość od szesnastu lat doradza pracodawcom i mówi to otwarcie już w drugiej minucie, więc nic tu nie jest ukryte. Tylko że w rozmowie nie ma nikogo od strony zatrudnionych ani od strony inspekcji. Prowadzący próbuje tę rolę odegrać i wychodzi mu to nieźle, ale pytanie i odpowiedź pochodzą wtedy z tej samej perspektywy.